"Siostra Agata pewnego wieczoru pocałowała mnie głęboko w usta. Nie miałam dokąd uciec"

duchowość, etyka, religia

Moderator: moderatorzy

Regulamin forum
W tematach dotyczących choroby proszę pisać w odpowiednim poddziale "dyskusji ogólnej".
Awatar użytkownika
PuszkinKochajacyLayle
bywalec
Posty: 422
Rejestracja: czw cze 29, 2023 4:21 am
płeć: mężczyzna

"Siostra Agata pewnego wieczoru pocałowała mnie głęboko w usta. Nie miałam dokąd uciec"

Post autor: PuszkinKochajacyLayle »

Nakładem Wydawnicwta WAM ukaże się niebawem książka Moniki Białkowskiej "Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach". Przedremierowo publikujemy fragmenty z rozdziału "Prawdziwa miłość".
Alicja. W zgromadzeniach trzy i pół roku (z przerwą). Lata dziewięćdziesiąte XX wieku

Wychowałam się w bardzo tradycyjnej, katolickiej rodzinie. W domu zawsze było dużo księży. Przychodzili na kolacje, na dyskusje teologiczno-filozoficzne, które organizowali moi rodzice. Pojawiali się w tle i to było dla mnie naturalne. Byłam też mocno związana z parafią, stała się integralną częścią mojego życia. Życie parafialne, literatura religijna, pielgrzymki, rekolekcje to była norma. Jednocześnie w domu panowały raczej zimny chów i wysokie wymagania, więc miałam w sobie głód matczynego ciepła i tęsknotę za bezwarunkową miłością.

W liceum pierwszy raz pomyślałam, że może życie zakonne to jest coś dla mnie. Pojechałam wtedy na rekolekcje do sióstr służebniczek. I wiedziałam już, że życie zakonne tak, ale służebniczki – nie. Nawet znajomy ksiądz mnie ostrzegał, mówił: „Słuchaj, wszystko, byle nie to! Bo będziesz sto razy myła tę samą czystą podłogę!".

Ale życie zakonne nadal mnie pociągało. Tylko że wcale nie życie czynne. Myślałam wtedy – i do dziś jestem tego zdania – że siostry czynne ogarniają tylko kawałeczek rzeczywistości, ten, który nazywają swoim charyzmatem. Siostry klauzurowe pozornie nie angażują się w nic, ale przez modlitwę mają dostęp do każdej przestrzeni, modlitwą mogą wpływać na wszystko. Nie muszą się obawiać, że jeśli zajmą się dziećmi, to już nie ludźmi starszymi, a jeśli przedszkolakami, to nie licealistami. Wiedziałam, że tam nie będę przydzielona do jednego zadania i jakieś inne ucierpią. Dotrę wszędzie, ogarnę każdą ludzką biedę totalnym oddaniem siebie Jezusowi.


Czułam rozłam i pęknięcie
Tak naprawdę nie miałam wtedy pojęcia o życiu kontemplacyjnym. Wzbraniałam się przed nim, a jednocześnie czułam, że to jest to. Przyszła matura i trzeba było podjąć decyzję. I podjęłam ją w sposób strasznie infantylny, niedojrzały. Zdecydowała bliskość domu generalnego zgromadzenia, jakieś pół godziny autem.


Niewiele wiedziałam o charyzmacie, jeszcze mniej o duchowości zakonu, a o klimacie i zwyczajach panujących wewnątrz – nic. Czułam w sobie rozłam i pęknięcie. W głębi serca pragnęłam przecież życia klauzurowego, a… poszłam do zgromadzenia czynnego. Był jednak we mnie entuzjazm, miałam otwarte serce i przekonanie, że Pan Bóg nie jest ograniczony zgromadzeniem, miejscem, charyzmatem. Wierzyłam, że pozwoli mi obejmować modlitwą cały świat i każdą potrzebę, również tu. Tak znalazłam się w zgromadzeniu.


Żyłam tym, że decyzja zapadła
To były te czasy, kiedy jeszcze było nas dużo, około dziesięciu dziewczyn w kandydaturze i w postulacie. Mistrzyni miała wiele innych zajęć, była między innymi katechetką, więc praktycznie się nami nie zajmowała. Całymi dniami jej nie widywałyśmy, bo miała liczne obowiązki.

Już po dwóch czy trzech tygodniach od momentu wstąpienia miałyśmy wyjechać na placówki, żeby zobaczyć, jak wygląda życie w zgromadzeniu, tak od wewnątrz. Myślę, że zasadniczy błąd w podejściu do powołań w tamtych czasach – pewnie i mój również – polegał na przyjęciu założenia, że jak ktoś wstępuje, to na amen. Że to nie rozeznawanie, tylko że klamka zapadła. Odejście równa się sprzeniewierzeniu woli Bożej, odrzuceniu powołania i zawsze jest straszliwym wstydem. Chociażby się paliło i waliło, musisz się trzymać tej decyzji rękami i nogami. Wiedziałam, że odwrotu nie ma dopiero po ślubach wieczystych, po tych siedmiu czy ośmiu latach. Ale to była tylko teoria. Żyłam tym, że decyzja zapadła. [...]

Trafiłam do domu dziecka w dużym mieście. Byłam tam samotna: trochę na takiej zasadzie, że przyjechała kandydatka, po maturze – u nas na Śląsku mówi się boroczka – i nic nie umie. Może posprzątać szafki, coś poukładać, pomóc przy dzieciach.

Miałam czworo młodszego rodzeństwa, byłam jak matka dla mojego najmłodszego brata, dzieliło nas dwanaście lat różnicy. Przy rodzeństwie umiałam zrobić wszystko, ale nie miałam pojęcia o pracy z obcymi dziećmi, w dodatku z deficytami. Nie byłam więc specjalnie przydatna i tak też się czułam.


Cieszyłam się, że ktokolwiek w ogóle zwrócił na mnie uwagę
Zainteresowała sią mną szybko siostra Agata. Dlatego że sporo katechizowała, a do tego była zakrystianką, często nie było jej w domu. Funkcjonowała właściwie poza wspólnotą, nie brała udziału w życiu domu. Była jakby stworzona do wyższych rzeczy.

Dużo czytała, wieczorami przesiadywała w kaplicy. Podsuwała mi ambitne jak na tamte czasy książki, dzieła św. Teresy Wielkiej i św. Jana od Krzyża. Wiedziała, że jestem zagubiona, że jestem niemal dzieckiem. Byłam strasznie samotna, spragniona ciepłych, matczynych uczuć.

I chyba niezwykle podatna na manipulację. Myślę, że ona doskonale to wyczuła. Nie była szczególnie inteligentna ani nie miała szerokich horyzontów, za to była świetną manipulatorką. Nie imponowała mi, ale cieszyłam się, że ktokolwiek w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Zainteresowała się mną najpierw w kaplicy. Potem zaczęła przychodzić wieczorem do pokoju. Była miła, ale jakoś dziwnie. Czułam się nieswojo. Chciałam porozmawiać z mistrzynią, ale ona nie miała czasu.

Byłam wtedy zupełnie zielona w sprawach seksualnych. Moje „doświadczenie" sprowadzało się do chodzenia do kina z kolegą z klasy i trzymania się za ręce. Nigdy się nawet nie pocałowaliśmy. A siostra Agata pewnego wieczoru pocałowała mnie głęboko w usta, dotykając jednocześnie mojej twarzy, włosów, intymnych miejsc. Bardzo się wystraszyłam.

Tak przeżyłam swoją inicjację. Nie byłam w stanie zaoponować. Nie miałam dokąd uciec. Byłam przerażona, osaczona, zszokowana. Wiedziałam, że nawet jeśli komuś o tym powiem, to mi nie uwierzy. Nie miałam dostępu do telefonu, nie mogłam się skontaktować z rodzicami. Zresztą jestem pewna, że nawet gdybym im powiedziała, to przy ich – bezkrytycznym w tamtym okresie – patrzeniu na Kościół pewnie by tego nie przyjęli.

A ona nadal do mnie przychodziła. Przytulała. Dotykała. Mówiła, że przełożona na to nie pozwala, ale ona nauczy mnie prawdziwej miłości. Powtarzała, że wszystkie ulotki powołaniowe powinno się spalić, żeby żadnej dziewczyny nie ściągać do piekła, że pokaże mi prawdziwą miłość. Nazywała to nawet „indywidualnym prowadzeniem kandydatek do prawdziwej miłości". I chwaliła się, ile to powołań przyprowadziła do klasztoru. Zastanawiałam się wtedy, czy wszystkie dziewczyny tak wabiła jak mnie i ile nas było. Ile z nich zostało w zgromadzeniu? Ile skrzywdzonych kobiet jest dziś przełożonymi? Ile formuje kolejne pokolenie?

Z perspektywy czasu widzę też, że byłam od tej siostry kompletnie uzależniona emocjonalnie. Chyba szukałam w niej tego ciepła, którego nie dostałam od swojej mamy. I jednocześnie bardzo się bałam. To z tego strachu nie mogłam się jej sprzeciwić.

Wiedziałam, że muszę uciekać. Wtedy zdecydowałam, że skoro zawsze chciałam żyć życiem kontemplacyjnym, chciałam iść do Karmelu, to tak zrobię. Kiedy powiedziałam o tym siostrom, obraziły się na mnie. Siostra Agata zaczęła mnie szantażować. Czasem mówiła, że też chce iść do klauzury, że to takie piękne życie. Innym razem rzucała, że nie może beze mnie żyć. Powtarzała, że jeśli odejdę, ona popełni samobójstwo. Ale podjęłam decyzję. Po około czterech miesiącach w tym zgromadzeniu zabrałam dokumenty i poszłam do Karmelu.

Miałam powołanie kontemplacyjne, wiedziałam to wcześniej, ale w tym momencie chodziło przede wszystkim o ucieczkę przed siostrą Agatą. Ona zresztą przyjechała mnie pożegnać pod drzwiami Karmelu. Pocałowała mnie przy rodzinie i przyjaciołach. Potem przyjeżdżała do klasztornej kaplicy zewnętrznej. Prosiła też siostrę kołową o spotkanie ze mną. Mówiłam przeoryszy, że nie chcę się z nią widzieć. Bałam się, że ją wpuści do rozmównicy, że ona znów będzie mnie szantażowała albo dążyła do kontaktu fizycznego. Ten nieustanny lęk i poczucie osaczenia miały wpływ na wszystko, co stało się później.

Wróć do „filozofia”