fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej

Moderator: moderatorzy

Regulamin forum
W dyskusji na tematy religijne oraz duchowości, lecz nie związane ze schizofrenią proszę używać działu tematy dowolne -> filozofia.
Awatar użytkownika
hagonbc
bywalec
Posty: 146
Rejestracja: pt wrz 23, 2016 8:28 pm
Status: szlachta nie pracuje
płeć: mężczyzna
Gadu-Gadu: 24522233

fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej

Post autor: hagonbc »

fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej, mistyczki która miała dar słyszenia głosu Jezusa Chrystusa oraz rozmawiania z duszami osób zmarłych. Książka dostępna za darmo on-line do czytania na stronie: http://objawienia.pl/anna/spis-anna.html
==============
Śmierć
– Możesz mi wierzyć, ja nie pamiętam momentu śmierci. Nie widziałem nic, nie wiem, kiedy to nastąpiło. To jest taki straszny wstrząs, ale nie ból – bólu nie czułem wcale – tylko tak jak gdyby szok, porażenie prądem, rozdarcie.
„ To jest śmierć” – to zrozumienie rozbłysło w jednym momencie, całkowicie i bez najmniejszego wahania. Wiedziałem z całkowitą pewnością, że to jest właśnie śmierć: nie wypadek, zranienie, szok – przecież tyle razy przechodziłem przez to – ale teraz miałem pewność, że to jest to, co nazywa się śmiercią. Wtedy oddałem się Bogu cały do rozporządzenia, Chrystusowi – „o ile jest rzeczywiście taki miłosierny”. Tylko to jedno mogłem zrobić – zwrócić się do Niego, niech mnie sądzi.
– Dlaczego to zrobiłeś, Bartku? Dlaczego wezwałeś właśnie Jezusa?
Bartek zdenerwował się, czułam to wyraźnie. Odpowiedział gwałtownie.
– Do kogo miałem się zwrócić? O Nim mówiono mi, że jest miłosierny, a ja potrzebowałem miłosierdzia.
– Skąd o tym wiedziałeś?
– Wtedy się wie! Jest taka sekunda, błysk, moment, że widzi się siebie zupełnie bezbronnego, samego wobec ogromu tajemnicy, i wydaje się, że jedynym punktem zaczepienia się, oparcia, jedynym jak gdyby światłem, źródłem światła jest On, że On usłyszy i zrozumie. Człowiek nie chce uciekać przed odpowiedzialnością za swoje winy, za to, co zrobił; nie chce się wypierać, ale pragnie być zrozumiany, osądzony przez Kogoś, kto go zna, kto jest sprawiedliwy i miłosierny. Do kogo miałem się odwołać? ON był przy mnie! Czy ty to rozumiesz?
Wybacz mi, jeszcze teraz trudno mi o tym mówić. Ty nie wiesz jeszcze, jakie to jest spotkanie. Zrobię wszystko, żeby dopomóc ci przygotować się, żebyś nie była zaskoczona i nie przygotowana, jak ja.
– Dobrze.
– Dziękuję ci. Ja będę przy tobie. I przy mnie byli wszyscy moi bliscy. Czekali na mnie, otaczali mnie, ale „widziałem” z początku tylko Jego.
(Spontanicznie i nierozsądnie zapytałam, myśląc o wyglądzie zewnętrznym Pana Jezusa, jak „ wygląda” Jezus.)
Jezus
– Nie wiem, jakimi słowami mam ci to opowiedzieć. Brak mi słów. Przecież On mnie uratował, wyrwał, przecież ja byłem zgubiony. Tę śmierć uknuto tak, żebym nie miał szans: postanowiłem się zabić, jechałem, żeby pić znowu – byłem w ich rękach. Byłbym na zawsze przepadł, nigdy tu nie wszedł, gdyby nie On, Chrystus! Ty nie wiesz, czym jest w takim stanie, w jakim ja znajdowałem się wtedy (depresja, rozpacz, nieszczęście), spotkanie się z taką miłością! Gdy zdajesz sobie nagle sprawę z tego, że On wiedział o tobie wszystko, znał cię lepiej niż ty sam siebie, że wiedział, co z tobą się działo, co chciano z tobą zrobić i zezwolił na to tylko dlatego, aby cię uratować, zabrać do siebie, oswobodzić z niewoli już na zawsze. Gdy rozumiesz nagle, że spotykasz się z taką miłością, wobec której wszystkie twoje winy bledną, stają się niczym, że On je odrzuca, nie zwraca żadnej uwagi na to, co w tobie było wstrętne, brudne, obrzydliwe – że kocha cię, całego, takiego jakim jesteś, że przygarnia cię ze wszystkim! Wybacz mi, nie potrafię ci tego spotkania opisać; to jest nie do opisania, to jest po prostu nie do pojęcia dla nas na ziemi. Posłuchaj, On nie widzi twoich wad, nie widzi brudu, choćbyś była unurzana w błocie od stóp do głów. On cię kocha, czeka, poluje całe życie na jedno słowo miłości, zezwolenia na pomoc. Czasem jedna myśl wystarczy – jak u mnie – aby już mógł działać. Potrzebna jest tylko dobra wola, zezwolenie na to, aby być uratowanym; tylko wezwanie Go, zaufanie Mu, prośba, krzyk, myśl...!
Pomyśl, co by się stało ze mną, gdyby On nie był Miłosierdziem!
– Bartku, przepraszam cię, że przerwałam. Może jutro powiesz mi dalej?
– Dobrze, wiem, jak to, co ci mówiłem, przeżyłaś. (...) Ja się cieszę, jeżeli ludziom też się to przyda. Gdyby mogli zrozumieć, jakie jest prawdziwe miłosierdzie Boże, nikt nie mógłby być stracony...
Czy teraz wierzysz, że to ja mówię do ciebie?
– Tak, Bartku, teraz ci wierzę, ja także.
Następnego dnia.
– Witaj Bartku, chciałam cię prosić, żebyś dokończył rozmowy dobrze?
– Witaj, mówi Bartek. Chcesz, żebym podał ci, co było dalej? Widzisz, nie zauważyłem samego momentu śmierci. Wydaje mi się, że jest on zauważalny raczej dla tych, co żyją dalej, dla obserwatorów, chociaż nie jest pewne, czy oni też wiedzą, kiedy następuje rzeczywiste przejście – bo tak to nazywamy; trudno nazywać śmiercią zdjęcie ubrania, prawda? Ten, kto sam przechodzi, zbyt jest przejęty, aby zwracał uwagę na uboczne szczegóły dotyczące ciała, takie jak oddech czy ustanie pracy serca. Podobno byłem cały połamany? – wiem to z waszych rozmów, ale naprawdę to mało istotne dla mnie. Myślałaś mi wczoraj – mogę mówić „mówiłaś”, ale w rzeczywistości przecież myślisz – że znasz to uczucie, że pamiętasz je ze snu, tego na temat roku dwudziestego. Chyba to jest to. Gdy następuje nagle, bez przygotowania – jest straszne; ale to jest poza czasem, nie można określić, jak długo trwa, jedną setną sekundy, może jedną tysiączną? To jest rozdzieranie – pytałem się tych, którzy podobnie zginęli, na ogół potwierdzają – ale też powiedziano mi, że jest to nagłe rozerwanie łączności pomiędzy naszym ciałem a nami, a ta łączność jest tak mocna i tak subtelna, że dotyka poprzez ciało i nas samych, dlatego wywołuje taki szok. Widzisz, ból to jest reakcja nerwów, organów materialnych ciała. My tu nie cierpimy „poprzez nerwy”, ale też „odczuwamy”, i to o wiele silniej i wyraźniej, to znaczy wiemy zawsze, dlaczego odczuwamy radość czy wstyd, który jest tak intensywny, że może być nazwany bólem.
– To znaczy, że ciało jest jak skafander? Osłania?
– Tak właśnie jest, jak po wyjściu ze skafandra, i to takiego, co tłumił i łagodził to, co docierało poprzez te powłoki. Wtedy, gdy zostajemy pozbawieni go, czujemy się okropnie „nadzy” w pierwszej „chwili”. To jest uczucie przerażenia; tak było u mnie, gdyż poczułem się bardziej świadomy siebie, zobaczyłem, kim jestem. Widzisz, to nie jest „oglądanie się”, to jest całkowita i bez żadnych wątpliwości i złudzeń – wiedza o sobie. Wie się, kim się jest, kim jest ten Bartek i co ze sobą zrobił, że jest taki. Wtedy właśnie wezwałem Jego, a On... był przy mnie i czekał na to wezwanie.
– Jakim jest Pan Jezus?
„ ON”
– Trudno jest pisać o tym, ale ja pragnę, abyś wiedziała, a przez ciebie i inni, jakim On jest. Dlaczego mówię ci – a i twoja Mamusia i moja Matka – On! (zamiast Bóg). Bo widzisz, nie ma słowa, które by mogło wyrazić lub opisać Boga! Jest Ojcem, ale jest i Panem, jest światłością, ale również dobrocią, miłosierdziem, samym dobrem, samą pięknością, czystością, szlachetnością, wielkodusznością. Dla nas (po śmierci ciała) jest bratem, przyjacielem, przewodnikiem, ojcem i matką zarazem. Dla mnie stał się przebaczeniem, miłosierdziem, wyrozumiałością. ON jest tym wszystkim zarazem. Można mówić Jezus albo Chrystus, Zbawiciel, nasz Pan. My w pojęciu „On” zawieramy to wszystko. Ta myśl o Nim, to pojęcie jest miłością. Napisać tego nie można, ale pamiętaj, ilekroć spotkasz się z tym pojęciem – że jest to określenie pełne najwyższej wdzięczności, zachwytu, miłości, i nikt u nas nie wyraża się inaczej (jak z tymi uczuciami).
Chcę ci podać dalej, ale wybacz mi z góry, bo nie jest możliwe prawdziwie dokładne podanie tego, co jest poza odbiorem zmysłów, do czego jesteście przyzwyczajeni. Przede wszystkim tu się nie przypuszcza ani nie domyśla, tu się wszystko wie i zna (to, z czym się spotyka, nie zaś wszystko w ogóle). Wiem, jak ci zależy na dokładności. Staram się. Powiem ci to, co mogę. Tłumaczenia później, a teraz – co czułem, tak?
Kiedy zrozumiałem, że On mnie kocha – takiego, jakim jestem – że rozumie wszystko, że zna całe moje życie, że zawsze był przy mnie, że współczuł mi, pomagał, ochraniał i ratował, że to ja sam tę pomoc odrzucałem, że daną mi wolną wolę poświęcałem z reguły na wybór nie tego, czego dla mnie pragnął On, ale tego, co niosło mi zawsze szkodę, i że On robił wszystko, na co ja przyzwalałem (jak rzadko!), aby mnie uratować. To był szok. A to był jeden moment. On był przy mnie, aby mnie uratować, osłonić i nie pozostawić ani „chwili” dłużej w samotności i rozpaczy, abym od razu wiedział, że On mnie zabiera, kocha i cieszy się, że może mnie mieć! Czy ty to rozumiesz? mnie – ON! Po takim życiu, On się mnie nie brzydził, nie odpychał... A On, to czystość, to blask, ciepło, szczęście.
Wiesz, On dostosowuje się do nas. Gdybym zobaczył, jakim On jest naprawdę, nie zniósłbym tego. Do mnie zbliżył się jak starszy brat, jak ojciec, jak przyjaciel. Nie czułem lęku...
– Czy ty od razu uwierzyłeś Panu?
– Czy uwierzyłem? Jemu? Kiedy czujesz się tak kochaną – wierzysz. I ja wierzyłem, „czułem”, pojmowałem Jego miłość. Tak, od razu wiedziałem, że to jest On – Jezus Chrystus. Był piękny, ale nie mogę ci opisać szczegółów. Był piękny, promienny, szczęśliwy – szczęśliwy, zrozum to dobrze! – z tego, że mnie ma. To szczęście udzieliło się i mnie. Poczułem się wolny i bezpieczny, zrozumiałem, że jestem uratowany już na zawsze, że jestem nieśmiertelny (nie do zabicia) i że jestem kochany, zrozumiany, wytłumaczony – dlatego że Bóg jest i że jest taki!
Coraz więcej i coraz szybciej zacząłem pojmować. Zrozumiałem, że to wszystko, co pisałem ci poprzednio, jest dlatego, że Bóg jest! To była prawda! Wszystko, co mi mówiono, było prawdą, a ja w to nie wierzyłem. Jak mogłem? Dlaczego odrzucałem? A jednocześnie to, co jest, jest nie do opowiedzenia i opisania („ani oko nie widziało...” z Listów św. Pawła). Gdybym to wiedział! Gdybym to rozumiał! Żyłem jak ślepy, zmarnowałem życie! Te wszystkie myśli to był też moment. On był przy mnie, widział je, rozumiał, nie pozwolił, aby trwały dłużej – On jest taki delikatny, taki rozumiejący nas – nie chciał, abym od razu przeżywał wstyd. Chciał mi dać radość, wiesz, tak jak choremu dziecku. Zrozumiałem, że nie przyszedł po mnie sam – to nie są słowa i nawet nie „słowo w myśli”, całość przeżycia rozumie się – Pan nasz jak gdyby cofnął się i wtedy „zobaczyłem” Matkę i brata, przyjaciół, kolegów z partyzantki, z powstania, z więzienia. Oni byli wszyscy, czekali. Widzisz, radości takiej i szczęścia naszego nie da się opisać ani zrozumieć...
Po przerwie.
– Bartku, chcę ci serdecznie podziękować za to, coś mi podał. To są przecież twoje jak najintymniejsze sprawy i wiem, że musiało być ci bardzo trudno pisać o tym. Tym bardziej jestem ci wdzięczna. Nigdy nie możemy wiedzieć „za dużo” o Bogu i Jego miłości do nas. – Cieszę się, że mogłem to zrobić. Widzisz, ja szukam sposobu wyrażenia Mu swojej wdzięczności. On rozumiejąc mnie dał mi tę pracę, przez którą staram się cośkolwiek chociaż wykazać się, pokazać, że nie jestem niewdzięczny, że rozumiem, jakim cudem było uratowanie mnie. Całe życie nie dano mi możliwości, poza okresem wojny, ujawnienia, kim właściwie jestem. Nie wykazałem się niczym twórczym, pomimo że pragnąłem tego. Nie mogłem „służyć” i prawdopodobnie to było przyczyną, że tak bardzo spodliłem się. Nie ma co ukrywać, tak było! Ale widzisz, mogę to odrobić. Twoja zgoda daje mi możliwości bardzo duże, a przecież jedno twoje słowo „nie” wystarczyłoby, aby mi to uniemożliwić. Doceniam to. Jesteś dla mnie teraz Przyjacielem, bo rozumiesz mnie, rozumiesz mój stan, moją szansę i chcesz mi to ułatwić. To jest właśnie przyjaźń: zrozumienie i chęć pomocy.

Książka w pełnej wersji dostępna za darmo online do czytania na stronie: http://objawienia.pl/anna/spis-anna.html
uuuuu

Awatar użytkownika
hagonbc
bywalec
Posty: 146
Rejestracja: pt wrz 23, 2016 8:28 pm
Status: szlachta nie pracuje
płeć: mężczyzna
Gadu-Gadu: 24522233

Re: fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej

Post autor: hagonbc »

ZAWIERZCIE MARYI
14 marca 1989 r. pytałam Pana, czy to, co już przygotowaliśmy do niniejszego wyboru, wystarczy, czy też Pan chciałby, żebym rozmawiała z kimś jeszcze. Pan nasz odpowiedział:
– Treści o moim świecie mamy już dosyć. Wiesz, czego brakuje? Moich słów o Matce mojej i waszej Orędowniczce, Wspomożycielce, Ucieczce grzeszników. I to powiem ci Ja sam w sobotę Wielkiego Tygodnia, jeśli dasz Mi czas. Ja w tym dniu (Święto Zwiastowania Pańskiego – przeniesione ze względu na Wielkanoc na inny termin) uczcić pragnę najdroższą Mi i najwierniejszą Matkę, Przyjaciółkę, Towarzyszkę życia i śmierci. Ona jest radością czyśćca, Matką dobrej śmierci, obroną waszą. Maryja nieustannie wstawia się za wami, błaga i szuka ratunku dla każdego z was.
25 marca w Wielką Sobotę Pan spełnił swoją obietnice. Najpierw polecił mi odmówić w skupieniu litanię loretańską. Następnie rozpoczął objaśnianie:
– Pragnę ukazać wam rolę Matki mojej, Królowej nieba i Matki waszej, w dziele waszego oczyszczania się i przygotowania was do wejścia w mój dom.
Poleciłem ci przeczytać wezwania z litanii loretańskiej i wskazałem sam wezwania szczególnie uprawniające was do zawierzenia Maryi. Bo Ona jest rzeczywiście „Wspomożeniem wiernych”, teraz i w czyśćcu; jest ”Uzdrowieniem chorych”, na duszy i na ciele; a przede wszystkim jest „Ucieczką grzesznych”, bo nie ma wśród was czystych poza Nią jedną, Niepokalaną, „Przybytkiem Ducha Świętego”, „Matką Zbawiciela” i Współzbawicielką waszą (poprzez ogrom cierpienia przeżytego wraz ze Mną). Jest „Matką Kościoła” i „Bramą niebieską” dla tych, którzy zaufają Jej macierzyńskiej miłości.
Ja sam dałem Matkę swoją za Matkę wam wszystkim, ludzkości całej, nie tylko Kościołowi mojemu, który czci Ją i Jej orędownictwu zawierza, podczas gdy ci, którym ono jest najbardziej potrzebne, odrzucają Matkę moją lub nic o Niej nie wiedzą. A przecież konieczna jest wam wszystkim stała, wytrwała i bezwarunkowa miłość – miłość „pomimo wszystko”. Taką właśnie jest miłość Matki.
Znam was tak dobrze, iż pomiędzy sprawiedliwością moją a wami postawiłem Maryję, człowieka, a więc siostrę waszą, rozumiejącą was i współczującą wam, lecz także Matkę Boga, przezeń wybraną i ukochaną, bez grzechu poczętą, nieskalaną i zawsze wierną, przeto mogącą wam wyprosić wszystko, gdyż nic w oczach Boga nie przesłania pełni Jej miłości.
Ona powiedziała: „Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” – a zamiar Boga dotyczył dzieła zbawienia ludzkości i wciąż trwa. Trwa też w swojej misji macierzyńskiej względem was Matka moja, widząca w każdym dziecku Bożym odbity obraz mój. Usiłuje zatem przywrócić memu podobieństwu jego prawdziwy blask, aby żadne z marnotrawnych dzieci nie zginęło. Matka moja, stojąc pod krzyżem i podzielając Mękę moją, poznała straszliwą cenę szczęścia każdego z was, i wie, co dla Mnie znaczycie. Dlatego nieustannie ofiarowuje sprawiedliwości Bożej Krew moją, odkupiającą winy wasze, i błaga o zmiłowanie nad wami – zamiast was, bo jakże rzadko wspólnie z wami...
Właśnie dla tych, którzy sami nie chcą, nie potrafią lub nie mogą zdążyć oczyścić się przed sądem, Ona jest ostatnim ratunkiem, „Ucieczką grzeszników”. Wystarczy decyzja woli, czasem jedna myśl: „Matko, ratuj!”, aby mogła objąć swoim wstawiennictwem najbardziej zatwardziałego grzesznika. Lecz skoro nie znacie dnia ani godziny waszej śmierci, słuszniej byłoby, abyście prosili stale: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Ona nie zapomina. Lecz jeszcze lepiej jest oddać się Jej opiece, trosce i prowadzeniu jak najwcześniej, serdecznie i z zaufaniem. Maryja doprowadzi was do Mnie najprostszą drogą, bo matka zawsze stara się ułatwić wszystko swemu dziecku. Jeszcze doskonalej jest powierzyć się miłości Maryi, jako swej Matce w wieczności, i prosić, aby Ona uczyła was służby – wedle służby swojej. Wtedy macie pewność, iż staniecie się pomocnikami Królowej waszej w Jej służbie światu. Wtedy Ona przyprowadzi was do Mnie dostatecznie wcześnie, abyśmy zawarli przyjaźń, abyście – przez Nią przygotowani – stali się towarzyszami w moich dziełach, które wśród was prowadzę. Ona, jako Matka, tak was rozumie, że bez błądzenia i żmudnych poszukiwań staniecie na tym z moich pól, na którym najwięcej pożytku przyniesiecie – dla własnej waszej radości, dzieci! Ja świat przemienić mógłbym w jednej sekundzie w królestwo moje, lecz gdzież byłaby wtedy chwała wasza, wasze szczęście ze współpracy ze Mną, wasza świadomość, że jesteście Mi mili, potrzebni i że niezastąpiony jest Mi każdy z was? Chwałą nieba są moi przyjaciele; a kimże oni są? Waszymi starszymi, dojrzałymi braćmi, przedtem tak samo jak wy w trudzie borykającymi się ze sobą i ze światem. Jakże wielu z nich przyprowadziła Mi Matka moja.
Obawiacie się świętości Boga, Jego sprawiedliwości i majestatu, ale któż by obawiał się Matki? Takiej Matki! Najczulszej, najtroskliwszej, pełnej współczucia i zawsze wszystko wam wybaczającej. Ona rozumie was i tłumaczy, wciąż prosi za wami, a im bardziej chorzy na duchu jesteście, tym usilniejsze są Jej starania. Bo Maryja wybrana została przez Boga, by zostać najbliższym Mi człowiekiem na drodze życia ludzkiego. Jakże więc czysta być musiała, jak subtelna i ofiarna, jak skromna, cicha, głęboko pogrążona w uwielbianiu Ojca, jak zupełnie pozbawiona miłości własnej, jak doskonała, aby mogła nade Mną, Bogiem swoim i dzieckiem zarazem, sprawować opiekę? Ojciec Niebieski Jej miłości zawierzył życie moje. Czyż wy nie powinniście tym bardziej zawierzać Jej siebie...?
I jeszcze jedno, dzieci. Matka zna najlepiej naturę swego dziecka. Zna wszystkie jego zalety, jak również wady, nawet te najszpetniejsze, ale nie brzydzi się go i nigdy nie wyrzeknie, nawet wtedy, gdy wydawałby się najbardziej zdeprawowany i gdy w jego poprawę nikt już by nie wierzył. Nikt prócz Matki. Matka ma zawsze nadzieję. Jeśli nie na ziemi, to jeszcze przed sądem Boga tłumaczy, usprawiedliwia, szuka nawet najmniejszego dobra w swoim dziecku i ukazuje je, a jeśli zawiedzie wszystko i syn marnotrawny nic na swoje usprawiedliwienie nie posiada, wtedy ta Matka, nieugięta w obronie waszej, oddaje Ojcu Niebieskiemu swój okup: Krew Syna swego, Krew moją, brata waszego, za was przelaną. Wszelako Ona ma dostęp otwarty do Serca Boga, była bowiem najdoskonalszą Matką, służebnicą najwierniejszą, uczestniczyła w Męce mojej i oddała za wasze grzechy wszystko, co miała najdroższego: Jezusa, Syna umiłowanego, gdy pod krzyżem konała z boleści wraz z Nim.
Dlatego ofiara Krwi mojej dokonana przez Maryję, kochającą najdoskonalej z was, inną ma cenę w Sercu Boga – który jest Miłością – niż ofiary wasze – ludzi grzesznych – i dla Jej błagań gotów jest przechylić sprawiedliwość swoją na rzecz zmiłowania.
Matka moja pozostaje Matką waszą i w wieczności, dlatego również w czyśćcu was nie opuszcza, lecz pomaga. Pomoc Jej mają przede wszystkim ci, którzy powierzali się Jej za życia lub w godzinie śmierci. Zależnie od stopnia waszego rozwoju wewnętrznego w momencie przejścia do świata mojego otrzymujecie Jej czułość, uspokojenie i pociechę, potem Maryja uczy was, tłumaczy, budzi nadzieję w pewność mojej miłości. Zwłaszcza nauka miłości jest wam potrzebna, bo wielu z was nigdy i nikogo nie kochało prawdziwie. Jak łatwo jest pojąć, czym jest miłość, w obecności osoby kochającej bezmiernie. W obecności Maryi „prześwietlonej” miłością Boga chłoniecie Jej miłość tak, jak niemowlęciu udziela się radość i ciepło uśmiechu matki.
Szczęśliwi, ...którzy Ją naśladowali
Szczęśliwi ci, którzy za Matkę uznali Ją w godzinie śmierci. Po stokroć szczęśliwsi ci, którzy czcili Ją w życiu. Lecz ci, którzy Maryję za Matkę wybrali i w Jej obecności starali się żyć, słuchali jej natchnień i naśladowali, jak mogli – ci są wybrańcami prawdziwie. Bo Maryja w godzinie ostatecznej próby przyprowadza Mnie. Ja zaś przybywam jako Syn na wezwanie ukochanej Matki, pełen wzruszenia i radości, gdyż więź pomiędzy Nami jest nieustającą wymianą miłości. W tej atmosferze szczęścia zanurzony zostaje umierający człowiek i jak małe dziecko złożony przez Matkę w moje ręce. Czyż może mu cokolwiek zagrozić? Wszak zamiast sądu spotyka się z radością, otoczony jest staraniem, troskliwością, opiekuńczą miłością, bo zaiste, oto narodziło się nowe dziecko Boże, aby na zawsze połączyć się z Ojcem swoim.
Jeśli nawet wymagacie oczyszczenia, Matka was już nie opuści. Dlatego to, co brudne, opada z was szybko, aż „ponad śnieg bielsi” zostajecie wprowadzeni przez Maryję w bramy nieba, którego jest Królową.
Wam, Polakom, Matka moja stała się szczególnie bliska. A darzy was Ona miłością bezgraniczną; stąd tylu waszych świętych, oddanych Jej dzieci, przy Jej pomocy uzyskało niebo. Myślisz o ojcu Kolbem, o Stanisławie Papczyńskim... Córko! Liczba twoich rodaków przez Nią do Mnie doprowadzonych jest ogromna. Wśród nich jest i twój ojciec. Dziękuj więc Matce mojej i głoś to, co ci teraz powiedziałem.
Zapewniam, że nikt, kto czcił Maryję i słuchał Jej wskazań, nie zginął, a otrzymał życie wieczne.
Masz wątpliwości, córko. Pytasz, jaka droga ku Mnie jest najlepsza (przez Maryję czy bezpośrednia). Otóż najdoskonalszą jest droga przyjaźni i przeżywania życia ze Mną aż do śmierci. Lecz właśnie Ona, Maryja, przeszła ją pierwsza – w całości, jak żaden z was, aż po krzyż – jako Matka, obrońca, wychowawca, przyjaciel, towarzysz drogi, współuczestnik cierpień i konania. Dlatego Ona właśnie rozumie Mnie najgłębiej, jak istota stworzona zrozumieć może Stwórcę swego, i Ona doprowadzi was do Mnie szybciej i doskonalej, niżbyście sami mogli dojść. Matka moja i wasza każdego z was powierza Mnie. Wyniesiona ponad najwyższe duchy anielskie, Królowa wszystkich świętych, Matka ludzkości, pozostaje nadal Służebnicą Pańską i drogę ku Mnie sposobi na ziemi. W trosce o wasze dalsze istnienie i zbawienie wasze stara się zwracać wszystkie serca ku Mnie i Mnie szykuje pracowników na żniwa. Jest Matką ludzi, nauczycielką i przewodniczką wśród mroków ziemi. Całą ludzkość ogarnia miłością i pragnie oddać Mnie – Zbawczej Miłości, Światłości Świata.
Błogosławieni ludzie, którzy Jej zawierzą.
Błogosławione narody, które Królową swą i Matką Ją wybierają.
Błogosławiony jesteś, narodzie polski, bo Ona oręduje za tobą przed tronem Boga. Błogosławiony będziesz przez pokolenia, jeśli posłuszny pozostaniesz swojej Królowej.
Maryja wciąż was ratuje i Ona wyprosiła wam udział w mojej służbie. Razem będziemy pracować nad odrodzeniem świata, gdyż Ja zawierzam Matce mojej i z Jej poręki w obronę was biorę. Dlatego nie zginiecie, a jako pierwszy naród staniecie się sługą zamierzeń moich. Naprawicie przeszłe błędy braci waszych, a współczesnemu światu przedstawicie wizję nową: obraz życia wspólnoty narodu postępującego drogami Pańskimi, współżyjącego z Bogiem swoim i budującego nowe przymierze pomiędzy Ojcem a dzieckiem Jego, człowiekiem.
Błogosławieństwo Boga Najwyższego niech spocznie na tobie i na twoim narodzie.
===================
Książka w pełnej wersji dostępna za darmo online do czytania na stronie: http://objawienia.pl/anna/spis-anna.html

cezary123
zaufany użytkownik
Posty: 24639
Rejestracja: pn paź 10, 2011 9:47 pm
płeć: mężczyzna

Re: fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej

Post autor: cezary123 »

hagonbc pisze: sob sie 28, 2021 7:01 pm
fragment z książki „Świadkowie Bożego Miłosierdzia” autorstwa śp. Anny Dąmbskiej, mistyczki która miała dar słyszenia głosu Jezusa Chrystusa oraz rozmawiania z duszami osób zmarłych. Książka dostępna za darmo on-line do czytania na stronie:
http://objawienia.pl/anna/spis-anna.html

"Widzisz, nie zauważyłem samego momentu śmierci. Wydaje mi się, że jest on zauważalny raczej dla tych, co żyją dalej, dla obserwatorów, chociaż nie jest pewne, czy oni też wiedzą, kiedy następuje rzeczywiste przejście – bo tak to nazywamy; trudno nazywać śmiercią zdjęcie ubrania, prawda? Ten, kto sam przechodzi, zbyt jest przejęty, aby zwracał uwagę na uboczne szczegóły dotyczące ciała, takie jak oddech czy ustanie pracy serca. Podobno byłem cały połamany? – wiem to z waszych rozmów, ale naprawdę to mało istotne dla mnie. Myślałaś mi wczoraj – mogę mówić „mówiłaś”, ale w rzeczywistości przecież myślisz – że znasz to uczucie, że pamiętasz je ze snu, tego na temat roku dwudziestego. Chyba to jest to. Gdy następuje nagle, bez przygotowania – jest straszne; ale to jest poza czasem, nie można określić, jak długo trwa, jedną setną sekundy, może jedną tysiączną? To jest rozdzieranie – pytałem się tych, którzy podobnie zginęli, na ogół potwierdzają – ale też powiedziano mi, że jest to nagłe rozerwanie łączności pomiędzy naszym ciałem a nami, a ta łączność jest tak mocna i tak subtelna, że dotyka poprzez ciało i nas samych, dlatego wywołuje taki szok. Widzisz, ból to jest reakcja nerwów, organów materialnych ciała. My tu nie cierpimy „poprzez nerwy”, ale też „odczuwamy”, i to o wiele silniej i wyraźniej, to znaczy wiemy zawsze, dlaczego odczuwamy radość czy wstyd, który jest tak intensywny, że może być nazwany bólem".


Nigdy nie lubiłem naiwnych opowieści dusz zmarłych. Tak im się tylko zdaje.
Więcej o ich śmierci powie mi medycyna. :mrgreen:

Wróć do „przeżycia religijne”