Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Moderator: moderatorzy
Regulamin forum
W tematach dotyczących choroby proszę pisać w odpowiednim poddziale "dyskusji ogólnej".
W tematach dotyczących choroby proszę pisać w odpowiednim poddziale "dyskusji ogólnej".
- hagonbc
- bywalec
- Posty: 343
- Rejestracja: pt wrz 23, 2016 7:28 pm
- Status: szlachta nie pracuje
- płeć: mężczyzna
- Gadu-Gadu: 24522233
Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Wiatr szalał nad wzgórzem Golgoty, niosąc tumany kurzu i śmiech rozgorączkowanego tłumu, który zgromadził się, by zobaczyć koniec skazańca z Nazaretu. Słońce paliło bezlitośnie, lecz jego blask zdawał się gasnąć – niebo zaczęło ciemnieć, jakby całe stworzenie czuło nadchodzącą tragedię. Powietrze stało się ciężkie, wibrowało dziwną elektrycznością, a ptaki zamilkły.
Pośrodku wznosiły się trzy krzyże, surowe i chropowate, wbite głęboko w jałową ziemię, niczym kolce wbijające się w skórę świata. Na środkowym wisiał Jezus, Syn Człowieczy, opluty i upokorzony, z ciałem poszarpanym od biczowania, z koroną cierniową wbitą w czoło. Jego dłonie i stopy przebite były wielkimi żelaznymi gwoździami, z których powoli sączyła się krew, spływając cienkimi strumieniami po drewnie, wsiąkając w spękaną glebę – jak ofiara składana na ołtarzu świata.
Jego oddech był płytki, każda próba uniesienia ciała kończyła się przeszywającym bólem – gwoździe wbite w nadgarstki cięły nerwy niczym ogniste ostrza. Ramiona drżały pod ciężarem ciała, a płuca napełniały się coraz trudniej. Mimo to Jego oczy pozostawały otwarte – nie były pełne gniewu, lecz współczucia.
Przed krzyżem zgromadził się tłum. Niektórzy byli tam z ciekawości, inni z nienawiści. Byli też tacy, którzy przyszli z żalem i bólem w sercu. Kapłani i uczeni w Piśmie śmiali się, wskazując Go palcami.
– Innych ratował, a siebie nie może uratować! – wołali drwiąco. – Jeśli jest Królem Izraela, niech teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego!
Żołnierze, zmęczeni i znudzeni, losowali o Jego szaty, zupełnie obojętni na to, kim naprawdę był. Jeden z nich, przystojny centurion, patrzył na Jezusa z dziwnym niepokojem. Widział wielu skazańców, ale żaden nie umierał w taki sposób – bez przekleństw, bez błagań, bez nienawiści w oczach.
U stóp krzyża stała Maria, Jego matka, trzymana w ramionach przez Jana, najmłodszego z uczniów. Maria Magdalena klęczała obok, zaciskając palce na ziemi, jakby chciała zatrzymać rzeczywistość, nie pozwolić jej pójść dalej.
Jezus uniósł z trudem głowę, spojrzał na swoją matkę. W Jej oczach była miłość, ale i ból większy niż jakikolwiek inny.
– Niewiasto, oto syn Twój – powiedział cicho, wskazując Jana.
A potem zwrócił się do ucznia:
– Oto Matka twoja.
Jan skinął głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Łzy spływały po jego policzkach. Od tej chwili Maria nie była już sama – stała się matką Kościoła.
Wzgórze zdawało się wstrzymywać oddech, czekając na to, co miało nadejść. Złe moce triumfowały, lecz nie wiedziały, że ich zwycięstwo było tylko złudzeniem.
Ziemia miała się zatrząść. Świat miał się zmienić na zawsze.
Wiatr szalał nad wzgórzem Golgoty, niosąc tumany kurzu i śmiech rozgorączkowanego tłumu, który zgromadził się, by zobaczyć koniec skazańca z Nazaretu. Słońce paliło bezlitośnie, lecz jego blask zdawał się gasnąć – niebo zaczęło ciemnieć, jakby całe stworzenie czuło nadchodzącą tragedię. Powietrze stało się ciężkie, wibrowało dziwną elektrycznością, a ptaki zamilkły.
Pośrodku wznosiły się trzy krzyże, surowe i chropowate, wbite głęboko w jałową ziemię, niczym kolce wbijające się w skórę świata. Na środkowym wisiał Jezus, Syn Człowieczy, opluty i upokorzony, z ciałem poszarpanym od biczowania, z koroną cierniową wbitą w czoło. Jego dłonie i stopy przebite były wielkimi żelaznymi gwoździami, z których powoli sączyła się krew, spływając cienkimi strumieniami po drewnie, wsiąkając w spękaną glebę – jak ofiara składana na ołtarzu świata.
Jego oddech był płytki, każda próba uniesienia ciała kończyła się przeszywającym bólem – gwoździe wbite w nadgarstki cięły nerwy niczym ogniste ostrza. Ramiona drżały pod ciężarem ciała, a płuca napełniały się coraz trudniej. Mimo to Jego oczy pozostawały otwarte – nie były pełne gniewu, lecz współczucia.
Przed krzyżem zgromadził się tłum. Niektórzy byli tam z ciekawości, inni z nienawiści. Byli też tacy, którzy przyszli z żalem i bólem w sercu. Kapłani i uczeni w Piśmie śmiali się, wskazując Go palcami.
– Innych ratował, a siebie nie może uratować! – wołali drwiąco. – Jeśli jest Królem Izraela, niech teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego!
Żołnierze, zmęczeni i znudzeni, losowali o Jego szaty, zupełnie obojętni na to, kim naprawdę był. Jeden z nich, przystojny centurion, patrzył na Jezusa z dziwnym niepokojem. Widział wielu skazańców, ale żaden nie umierał w taki sposób – bez przekleństw, bez błagań, bez nienawiści w oczach.
U stóp krzyża stała Maria, Jego matka, trzymana w ramionach przez Jana, najmłodszego z uczniów. Maria Magdalena klęczała obok, zaciskając palce na ziemi, jakby chciała zatrzymać rzeczywistość, nie pozwolić jej pójść dalej.
Jezus uniósł z trudem głowę, spojrzał na swoją matkę. W Jej oczach była miłość, ale i ból większy niż jakikolwiek inny.
– Niewiasto, oto syn Twój – powiedział cicho, wskazując Jana.
A potem zwrócił się do ucznia:
– Oto Matka twoja.
Jan skinął głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Łzy spływały po jego policzkach. Od tej chwili Maria nie była już sama – stała się matką Kościoła.
Wzgórze zdawało się wstrzymywać oddech, czekając na to, co miało nadejść. Złe moce triumfowały, lecz nie wiedziały, że ich zwycięstwo było tylko złudzeniem.
Ziemia miała się zatrząść. Świat miał się zmienić na zawsze.
- hagonbc
- bywalec
- Posty: 343
- Rejestracja: pt wrz 23, 2016 7:28 pm
- Status: szlachta nie pracuje
- płeć: mężczyzna
- Gadu-Gadu: 24522233
Re: Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Zły łotr – Ostatnia pokusa
Gestas, zwany złym łotrem, wisiał po lewej stronie Jezusa. Jego twarz była wykrzywiona bólem, ale i pogardą. Krew z ran na nadgarstkach spływała po ramionach, zmieszana z potem i kurzem, tworząc lepką, brunatną skorupę na skórze. Oddech miał ciężki, chrapliwy, a każdy ruch ciała wbijał w niego kolejne fale cierpienia. Mimo to w jego sercu nie było skruchy.
Wpatrywał się w Jezusa spod zmrużonych powiek, a jego oczy, zaczerwienione od bólu i gniewu, błyszczały dziwnym blaskiem.
– No i co, Mesjaszu? – syknął, odwracając głowę ku Jezusowi. – Tyle cudów podobno czyniłeś… Czy to wszystko była bajka dla głupców? Czy byłeś tylko kolejnym oszustem, który umiał dobrze mówić, ale nie potrafił ratować samego siebie?
Tłum wokół podchwycił jego szyderstwo. Kilku kapłanów zaśmiało się cicho, zadowolonych, że nawet jeden z ukrzyżowanych odwrócił się przeciwko Jezusowi.
Gestas parsknął śmiechem, choć ból wbił mu się w płuca jak rozżarzone ostrze.
– Słyszałem, że kazałeś burzom uciszać się na Twoje słowo. Że chodziłeś po wodzie. Że rozmnażałeś chleb. – Uśmiechnął się złośliwie, jego popękane wargi zadrżały. – A teraz? Nic. Milczysz. Jak zwykły skazaniec, jak ostatni złodziej.
Jezus nie odpowiedział. Jego spojrzenie, choć pełne bólu, było łagodne.
Ale Gestas nie ustępował. Mimo że był u kresu sił, mimo że wiedział, że umrze w ciągu kilku godzin, jego dusza wciąż pełna była goryczy i buntu.
– Jeśli naprawdę jesteś Synem Bożym, czemu nie zejdziesz z tego krzyża? – warknął, szarpiąc się, jakby próbował się uwolnić. – Ratuj siebie i nas!
Ostatnie słowa wypowiedział z desperacją, ale nie była to prośba – była to kpiną, wyzwaniem rzuconym w twarz cierpiącemu Chrystusowi.
Być może w głębi duszy Gestas pragnął zobaczyć cud, coś, co mogłoby przekonać go, że Jezus faktycznie był tym, za kogo się podawał. Może gdzieś w jego sercu tliła się iskra nadziei, że jeśli Jezus rzeczywiście jest Bogiem, to mógłby ocalić nie tylko siebie, ale i jego. Ale ta iskra była duszona przez lata grzechu, przez egoizm, przez dumę, która nie pozwalała mu się ukorzyć.
Jezus wciąż milczał.
Wtedy Gestas splunął, choć jego usta były wyschnięte.
– Jesteś niczym. Zwykłym człowiekiem, który myślał, że jest kimś więcej. I umrzesz jak wszyscy.
Nie wiedział, że oto na własne oczy odrzucał ostatnią szansę na zbawienie.
Cisza zapadła między trzema krzyżami. Tylko wiatr niósł szept słów, które miały zaraz paść z ust drugiego skazańca…
Gestas, zwany złym łotrem, wisiał po lewej stronie Jezusa. Jego twarz była wykrzywiona bólem, ale i pogardą. Krew z ran na nadgarstkach spływała po ramionach, zmieszana z potem i kurzem, tworząc lepką, brunatną skorupę na skórze. Oddech miał ciężki, chrapliwy, a każdy ruch ciała wbijał w niego kolejne fale cierpienia. Mimo to w jego sercu nie było skruchy.
Wpatrywał się w Jezusa spod zmrużonych powiek, a jego oczy, zaczerwienione od bólu i gniewu, błyszczały dziwnym blaskiem.
– No i co, Mesjaszu? – syknął, odwracając głowę ku Jezusowi. – Tyle cudów podobno czyniłeś… Czy to wszystko była bajka dla głupców? Czy byłeś tylko kolejnym oszustem, który umiał dobrze mówić, ale nie potrafił ratować samego siebie?
Tłum wokół podchwycił jego szyderstwo. Kilku kapłanów zaśmiało się cicho, zadowolonych, że nawet jeden z ukrzyżowanych odwrócił się przeciwko Jezusowi.
Gestas parsknął śmiechem, choć ból wbił mu się w płuca jak rozżarzone ostrze.
– Słyszałem, że kazałeś burzom uciszać się na Twoje słowo. Że chodziłeś po wodzie. Że rozmnażałeś chleb. – Uśmiechnął się złośliwie, jego popękane wargi zadrżały. – A teraz? Nic. Milczysz. Jak zwykły skazaniec, jak ostatni złodziej.
Jezus nie odpowiedział. Jego spojrzenie, choć pełne bólu, było łagodne.
Ale Gestas nie ustępował. Mimo że był u kresu sił, mimo że wiedział, że umrze w ciągu kilku godzin, jego dusza wciąż pełna była goryczy i buntu.
– Jeśli naprawdę jesteś Synem Bożym, czemu nie zejdziesz z tego krzyża? – warknął, szarpiąc się, jakby próbował się uwolnić. – Ratuj siebie i nas!
Ostatnie słowa wypowiedział z desperacją, ale nie była to prośba – była to kpiną, wyzwaniem rzuconym w twarz cierpiącemu Chrystusowi.
Być może w głębi duszy Gestas pragnął zobaczyć cud, coś, co mogłoby przekonać go, że Jezus faktycznie był tym, za kogo się podawał. Może gdzieś w jego sercu tliła się iskra nadziei, że jeśli Jezus rzeczywiście jest Bogiem, to mógłby ocalić nie tylko siebie, ale i jego. Ale ta iskra była duszona przez lata grzechu, przez egoizm, przez dumę, która nie pozwalała mu się ukorzyć.
Jezus wciąż milczał.
Wtedy Gestas splunął, choć jego usta były wyschnięte.
– Jesteś niczym. Zwykłym człowiekiem, który myślał, że jest kimś więcej. I umrzesz jak wszyscy.
Nie wiedział, że oto na własne oczy odrzucał ostatnią szansę na zbawienie.
Cisza zapadła między trzema krzyżami. Tylko wiatr niósł szept słów, które miały zaraz paść z ust drugiego skazańca…
- hagonbc
- bywalec
- Posty: 343
- Rejestracja: pt wrz 23, 2016 7:28 pm
- Status: szlachta nie pracuje
- płeć: mężczyzna
- Gadu-Gadu: 24522233
Re: Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Dobry łotr – Pokuta i nadzieja
Dyzma, zwany dobrym łotrem, wisiał po prawej stronie Jezusa. Cierpienie, jakie przeszywało jego ciało, było niemal nie do zniesienia. Czuł, jak krew pulsuje w ranach, jak każdy oddech staje się walką, a gwoździe w nadgarstkach przypominają mu o każdym popełnionym grzechu. Wiedział, że jego życie zbliża się ku końcowi. I wiedział też, że na tę śmierć zasłużył.
Przez lata żył z rabunku, oszustwa i przemocy. Widział śmierć, zadawał ból, a miłosierdzie było mu obce. Wiedział, że nie było już dla niego ratunku. Ale gdy patrzył na Człowieka wiszącego obok niego, czuł coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył – nie był to strach ani gniew, nie było to też poczucie krzywdy. To było… światło. Ciepło.
Patrzył na Jezusa i widział w Nim coś, czego nie dostrzegł nigdzie indziej – miłość. Nie był to wzrok przepełniony potępieniem, jak u kapłanów i faryzeuszy, ani wzrok nienawiści, jaki znał od strażników i sędziów. Nie był to też wzrok strachu, jaki widział w oczach tych, których kiedyś napadł.
To było spojrzenie, które nie sądziło, ale rozumiało.
Dyzma usłyszał szyderstwa Gestasa. Jego drwiące słowa odbijały się echem w jego głowie. Być może jeszcze niedawno przyłączyłby się do tej kpin – lecz nie dziś.
Podniósł głowę, czując, jak ostre gwoździe jeszcze mocniej wżerają się w jego ciało. Otworzył usta, a jego głos, choć słaby i zduszony bólem, zabrzmiał mocno:
– Czy ty się Boga nie boisz?
Tłum wokół umilkł na chwilę. Gestas spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– My przecież sprawiedliwie odbieramy słuszną karę za nasze uczynki – dodał Dyzma, oddychając ciężko. – Ale On… On nic złego nie uczynił.
Słowa te zawisły w powietrzu, niczym ostatni płomień w ciemności. W sercu Dyzmy coś pękło. Jego dusza, przez lata czerniona grzechem, zaczęła szukać światła. Jego zbrodnie wołały o sąd, ale serce wołało o miłosierdzie.
Odwrócił głowę ku Jezusowi. Spojrzał na Jego twarz, na poranione czoło, na oczy, które mimo bólu wciąż promieniały spokojem. W tym momencie zrozumiał – to nie był zwykły człowiek. Nie był to tylko prorok. Nie był to oszust, jak mówiły kapłany. To był Król, ale inny niż wszyscy, których znał.
Z największym trudem wyszeptał:
– Panie… wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa.
Było w tych słowach coś więcej niż tylko prośba. Było wyznanie wiary. Było błaganie o przebaczenie. I była nadzieja – pierwsza prawdziwa nadzieja w jego życiu.
Wokół panowała cisza. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać.
Jezus, choć ledwie trzymał się przy życiu, choć Jego oddech był coraz płytszy, spojrzał na Dyzmę. A potem, głosem, który pomimo całego bólu brzmiał z niewzruszoną pewnością, powiedział:
– Zaprawdę, powiadam ci: dziś będziesz ze Mną w Raju.
Dyzma zamknął oczy. Nie czuł już bólu. Jego dusza była wolna. Jego grzechy zostały zmazane.
Nie potrzebował niczego więcej.
Dyzma, zwany dobrym łotrem, wisiał po prawej stronie Jezusa. Cierpienie, jakie przeszywało jego ciało, było niemal nie do zniesienia. Czuł, jak krew pulsuje w ranach, jak każdy oddech staje się walką, a gwoździe w nadgarstkach przypominają mu o każdym popełnionym grzechu. Wiedział, że jego życie zbliża się ku końcowi. I wiedział też, że na tę śmierć zasłużył.
Przez lata żył z rabunku, oszustwa i przemocy. Widział śmierć, zadawał ból, a miłosierdzie było mu obce. Wiedział, że nie było już dla niego ratunku. Ale gdy patrzył na Człowieka wiszącego obok niego, czuł coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył – nie był to strach ani gniew, nie było to też poczucie krzywdy. To było… światło. Ciepło.
Patrzył na Jezusa i widział w Nim coś, czego nie dostrzegł nigdzie indziej – miłość. Nie był to wzrok przepełniony potępieniem, jak u kapłanów i faryzeuszy, ani wzrok nienawiści, jaki znał od strażników i sędziów. Nie był to też wzrok strachu, jaki widział w oczach tych, których kiedyś napadł.
To było spojrzenie, które nie sądziło, ale rozumiało.
Dyzma usłyszał szyderstwa Gestasa. Jego drwiące słowa odbijały się echem w jego głowie. Być może jeszcze niedawno przyłączyłby się do tej kpin – lecz nie dziś.
Podniósł głowę, czując, jak ostre gwoździe jeszcze mocniej wżerają się w jego ciało. Otworzył usta, a jego głos, choć słaby i zduszony bólem, zabrzmiał mocno:
– Czy ty się Boga nie boisz?
Tłum wokół umilkł na chwilę. Gestas spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– My przecież sprawiedliwie odbieramy słuszną karę za nasze uczynki – dodał Dyzma, oddychając ciężko. – Ale On… On nic złego nie uczynił.
Słowa te zawisły w powietrzu, niczym ostatni płomień w ciemności. W sercu Dyzmy coś pękło. Jego dusza, przez lata czerniona grzechem, zaczęła szukać światła. Jego zbrodnie wołały o sąd, ale serce wołało o miłosierdzie.
Odwrócił głowę ku Jezusowi. Spojrzał na Jego twarz, na poranione czoło, na oczy, które mimo bólu wciąż promieniały spokojem. W tym momencie zrozumiał – to nie był zwykły człowiek. Nie był to tylko prorok. Nie był to oszust, jak mówiły kapłany. To był Król, ale inny niż wszyscy, których znał.
Z największym trudem wyszeptał:
– Panie… wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa.
Było w tych słowach coś więcej niż tylko prośba. Było wyznanie wiary. Było błaganie o przebaczenie. I była nadzieja – pierwsza prawdziwa nadzieja w jego życiu.
Wokół panowała cisza. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać.
Jezus, choć ledwie trzymał się przy życiu, choć Jego oddech był coraz płytszy, spojrzał na Dyzmę. A potem, głosem, który pomimo całego bólu brzmiał z niewzruszoną pewnością, powiedział:
– Zaprawdę, powiadam ci: dziś będziesz ze Mną w Raju.
Dyzma zamknął oczy. Nie czuł już bólu. Jego dusza była wolna. Jego grzechy zostały zmazane.
Nie potrzebował niczego więcej.
- hagonbc
- bywalec
- Posty: 343
- Rejestracja: pt wrz 23, 2016 7:28 pm
- Status: szlachta nie pracuje
- płeć: mężczyzna
- Gadu-Gadu: 24522233
Re: Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Ostatnie słowa Jezusa
Niebo nad Golgotą przybrało odcień głębokiej, złowrogiej szarości. Słońce, które jeszcze niedawno paliło ziemię swym żarem, zdawało się tracić swą moc – jakby samo światło wycofywało się w obliczu nadchodzącej tragedii. Powietrze stało się ciężkie, duszne, pełne napięcia. Wiatr, który jeszcze przed chwilą unosił kurz nad wzgórzem, nagle ucichł, jakby cały świat wstrzymał oddech, czekając na to, co miało nadejść.
Jezus, umęczony, wisiał na krzyżu. Jego ciało było poranione, poszarpane biczami i gwoździami, każdy oddech był walką. Płuca wypełniały się płynem, serce biło coraz słabiej. A jednak Jego oczy wciąż pozostawały otwarte – spoglądały na zgromadzony tłum, na żołnierzy, na kapłanów, na swoją Matkę i uczniów.
To był moment, kiedy ziemia miała usłyszeć ostatnie słowa Zbawiciela.
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”
Gdy kapłani i żołnierze szydzili z Niego, Jezus nie odpowiadał gniewem. Jego pierwsze słowa z wysokości krzyża nie były przekleństwem ani oskarżeniem – były modlitwą.
– Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią…
Była to prośba o litość dla tych, którzy przybili Go do krzyża. Dla żołnierzy, którzy wbili gwoździe w Jego ciało. Dla tłumu, który wołał „Ukrzyżuj Go!”. Dla kapłanów, którzy oskarżali Go fałszywie.
To była miłość silniejsza niż ból.
„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”
Chmury zgęstniały, niebo pociemniało, a ziemia zaczęła lekko drżeć. Coś złowieszczego wisiało w powietrzu – coś, czego nikt nie potrafił zrozumieć.
W pewnym momencie Jezus uniósł głowę i zawołał donośnym głosem:
– „Eloi, Eloi, lama sabachthani?”
To były słowa Psalmu 22:
– „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”
Tłum poruszył się niespokojnie. Niektórzy spojrzeli po sobie, inni zaczęli szeptać, niepewni, co się dzieje. Czyżby Ten, który nazywał się Synem Bożym, rzeczywiście został opuszczony przez swojego Ojca?
Ale Jezus nie mówił tego w rozpaczy – mówił to, aby wypełniło się Pismo. Aby świat zobaczył, że nawet w największym cierpieniu, nawet w chwili największej ciemności, On wciąż wołał do Boga.
„Pragnę”
Ciało Jezusa było wycieńczone. Stracił zbyt wiele krwi, a gorąco dnia i żar rany sprawiały, że suchość w ustach była nie do zniesienia.
Wyszeptał cicho, niemal bezgłośnie:
– „Pragnę.”
Jeden z żołnierzy, poruszony tym szeptem, zanurzył gąbkę w kwaśnym winie i podał ją Jezusowi na długiej trzcinie.
Ale to nie tylko pragnienie wody paliło Go od wewnątrz. Jego dusza pragnęła spełnienia misji. Pragnęła zbawienia świata. Pragnęła miłości tych, za których umierał.
„Wykonało się”
Ciemność zgęstniała. Chmury przesłoniły słońce. Wiatr powrócił, tym razem zimny i groźny.
Jezus wziął ostatni głęboki oddech. Wiedział, że to koniec. Wiedział, że to, co miało być dokonane, zostało wypełnione.
Zamknął oczy i powiedział mocnym, pewnym głosem:
– „Wykonało się.”
To nie były słowa porażki – to było ogłoszenie zwycięstwa. Dzieło zbawienia zostało zakończone. Grzech został pokonany. Śmierć została zwyciężona.
„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”
Jezus uniósł wzrok ku niebu. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział, były powierzeniem siebie Ojcu.
– „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.”
Z głębokim westchnieniem skłonił głowę. Jego ciało zwiotczało. Oczy zamknęły się.
W tej samej chwili ziemia zatrzęsła się potężnie. Skały popękały, a w świątyni w Jerozolimie zasłona rozdarła się na dwoje – od góry do dołu.
Setnik, który stał naprzeciw krzyża, spojrzał na martwe ciało Jezusa i wyszeptał:
– „Zaprawdę, Ten był Synem Bożym…”
Cisza zapadła nad Golgotą.
Ale to nie był koniec. To był początek nowego świata.
Niebo nad Golgotą przybrało odcień głębokiej, złowrogiej szarości. Słońce, które jeszcze niedawno paliło ziemię swym żarem, zdawało się tracić swą moc – jakby samo światło wycofywało się w obliczu nadchodzącej tragedii. Powietrze stało się ciężkie, duszne, pełne napięcia. Wiatr, który jeszcze przed chwilą unosił kurz nad wzgórzem, nagle ucichł, jakby cały świat wstrzymał oddech, czekając na to, co miało nadejść.
Jezus, umęczony, wisiał na krzyżu. Jego ciało było poranione, poszarpane biczami i gwoździami, każdy oddech był walką. Płuca wypełniały się płynem, serce biło coraz słabiej. A jednak Jego oczy wciąż pozostawały otwarte – spoglądały na zgromadzony tłum, na żołnierzy, na kapłanów, na swoją Matkę i uczniów.
To był moment, kiedy ziemia miała usłyszeć ostatnie słowa Zbawiciela.
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”
Gdy kapłani i żołnierze szydzili z Niego, Jezus nie odpowiadał gniewem. Jego pierwsze słowa z wysokości krzyża nie były przekleństwem ani oskarżeniem – były modlitwą.
– Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią…
Była to prośba o litość dla tych, którzy przybili Go do krzyża. Dla żołnierzy, którzy wbili gwoździe w Jego ciało. Dla tłumu, który wołał „Ukrzyżuj Go!”. Dla kapłanów, którzy oskarżali Go fałszywie.
To była miłość silniejsza niż ból.
„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”
Chmury zgęstniały, niebo pociemniało, a ziemia zaczęła lekko drżeć. Coś złowieszczego wisiało w powietrzu – coś, czego nikt nie potrafił zrozumieć.
W pewnym momencie Jezus uniósł głowę i zawołał donośnym głosem:
– „Eloi, Eloi, lama sabachthani?”
To były słowa Psalmu 22:
– „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”
Tłum poruszył się niespokojnie. Niektórzy spojrzeli po sobie, inni zaczęli szeptać, niepewni, co się dzieje. Czyżby Ten, który nazywał się Synem Bożym, rzeczywiście został opuszczony przez swojego Ojca?
Ale Jezus nie mówił tego w rozpaczy – mówił to, aby wypełniło się Pismo. Aby świat zobaczył, że nawet w największym cierpieniu, nawet w chwili największej ciemności, On wciąż wołał do Boga.
„Pragnę”
Ciało Jezusa było wycieńczone. Stracił zbyt wiele krwi, a gorąco dnia i żar rany sprawiały, że suchość w ustach była nie do zniesienia.
Wyszeptał cicho, niemal bezgłośnie:
– „Pragnę.”
Jeden z żołnierzy, poruszony tym szeptem, zanurzył gąbkę w kwaśnym winie i podał ją Jezusowi na długiej trzcinie.
Ale to nie tylko pragnienie wody paliło Go od wewnątrz. Jego dusza pragnęła spełnienia misji. Pragnęła zbawienia świata. Pragnęła miłości tych, za których umierał.
„Wykonało się”
Ciemność zgęstniała. Chmury przesłoniły słońce. Wiatr powrócił, tym razem zimny i groźny.
Jezus wziął ostatni głęboki oddech. Wiedział, że to koniec. Wiedział, że to, co miało być dokonane, zostało wypełnione.
Zamknął oczy i powiedział mocnym, pewnym głosem:
– „Wykonało się.”
To nie były słowa porażki – to było ogłoszenie zwycięstwa. Dzieło zbawienia zostało zakończone. Grzech został pokonany. Śmierć została zwyciężona.
„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”
Jezus uniósł wzrok ku niebu. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział, były powierzeniem siebie Ojcu.
– „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.”
Z głębokim westchnieniem skłonił głowę. Jego ciało zwiotczało. Oczy zamknęły się.
W tej samej chwili ziemia zatrzęsła się potężnie. Skały popękały, a w świątyni w Jerozolimie zasłona rozdarła się na dwoje – od góry do dołu.
Setnik, który stał naprzeciw krzyża, spojrzał na martwe ciało Jezusa i wyszeptał:
– „Zaprawdę, Ten był Synem Bożym…”
Cisza zapadła nad Golgotą.
Ale to nie był koniec. To był początek nowego świata.
- hagonbc
- bywalec
- Posty: 343
- Rejestracja: pt wrz 23, 2016 7:28 pm
- Status: szlachta nie pracuje
- płeć: mężczyzna
- Gadu-Gadu: 24522233
Re: Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Cisza przed nowym świtem
Wiatr ucichł. Powietrze stało się ciężkie i gęste, jakby samo niebo wstrzymało oddech. Ziemia wciąż drżała po trzęsieniu, a w skałach, które pękły w chwili śmierci Jezusa, wciąż osypywały się kamienie, cicho uderzając o zbocza wzgórza Golgoty. W świątyni w Jerozolimie kapłani z przerażeniem patrzyli na zasłonę, która rozdarła się na pół – znak, że coś się zmieniło, że stary świat dobiegł końca.
A Golgota pogrążyła się w grobowej ciszy.
Tłum, który jeszcze niedawno szydził i wykrzykiwał obelgi, nagle zamilkł. Ich głosy, tak pewne i pełne triumfu, ucichły, gdy zobaczyli, jak niebo pokrywa się mrokiem, jak ziemia się trzęsie, jak krew Chrystusa spływa w ziemię niczym święta ofiara. Niektórzy zaczęli uciekać, trzymając się za głowy, inni klękali, bijąc się w piersi, szepcząc modlitwy, których nie odmawiali od lat.
Setnik, który dowodził egzekucją, stał nieruchomo, wpatrzony w ciało wiszące na krzyżu. Widział wielu skazańców. Widział, jak krzyczeli w rozpaczy, jak klęli na swoich oprawców, jak błagali o życie. Ale ten człowiek… umarł inaczej. Umarł z pokojem, który nie należał do tego świata.
– Zaprawdę, Ten był Synem Bożym… – wyszeptał, ledwo wierząc własnym słowom.
Ostatni strażnicy i płacz matki
Kilku rzymskich żołnierzy wciąż stało pod krzyżem, lecz nawet oni, twardzi wojownicy, czuli niepokój. Wiedzieli, że to nie była zwykła egzekucja.
Maria, Matka Jezusa, klęczała u stóp krzyża, podtrzymywana przez Jana i Marię Magdalenę. Jej twarz była mokra od łez, ale nie było w niej gniewu ani rozpaczy – tylko głęboki, niewyrażalny ból, ból matki, która patrzyła, jak jej syn oddaje życie za świat.
Jan, umiłowany uczeń, czuł, jak ciężar odpowiedzialności przygniata jego serce. Jezus powierzył mu swoją Matkę, a teraz musiał ją odprowadzić – zabrać ją spod krzyża, oddalić od miejsca, gdzie ziemia piła jeszcze krew jej Syna.
– Chodźmy, Matko… – wyszeptał cicho, z trudem przełykając łzy.
Maria nie odpowiedziała. Jeszcze przez chwilę trwała w milczeniu, wpatrując się w swojego Syna, jakby chciała zapamiętać Jego twarz na zawsze. Potem pozwoliła się poprowadzić w stronę miasta.
Ciało Zbawiciela
Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a zgodnie z prawem żydowskim ciała nie mogły pozostać na krzyżu podczas szabatu. Do Piłata udał się Józef z Arymatei, bogaty członek Sanhedrynu, który od dawna wierzył w Jezusa, lecz bał się to przyznać. Teraz, gdy Pan umarł, nie miał już nic do stracenia.
– Pozwól mi pochować Go w moim grobie – poprosił.
Piłat, zmęczony i pełen niepokoju po wydarzeniach dnia, skinął głową.
Józef i Nikodem, faryzeusz, który niegdyś przyszedł do Jezusa nocą, teraz otwarcie oddali Mu cześć. Z wielką ostrożnością zdjęli ciało z krzyża, a każda rana, każdy ślad po gwoździach, każdy ślad biczowania przypominał im o ofierze, jaką poniósł.
Owinęli Jego ciało w płótna, namaszczając wonnościami, i złożyli w nowym grobie, wykutym w skale. Tocząc ciężki kamień przed wejście, nie wiedzieli jeszcze, że zamykają nie koniec – ale początek.
Cisza, która zapowiadała cud
Nastała noc. W Jerozolimie zapłonęły lampy, a wśród ludzi krążyły szepty. Kapłani zamknęli się w swoich domach, próbując zrozumieć, co się stało. Uczniowie rozpierzchli się po mieście, ukrywając się ze strachu.
A w grobie, w chłodzie kamienia, spoczywało ciało Jezusa.
Świat pogrążył się w ciszy. Była to cisza przed największym wydarzeniem w dziejach. Cisza przed świtem, który miał odmienić wszystko.
Bo śmierć nie miała ostatniego słowa.
Bo zbliżało się Zmartwychwstanie.
Wiatr ucichł. Powietrze stało się ciężkie i gęste, jakby samo niebo wstrzymało oddech. Ziemia wciąż drżała po trzęsieniu, a w skałach, które pękły w chwili śmierci Jezusa, wciąż osypywały się kamienie, cicho uderzając o zbocza wzgórza Golgoty. W świątyni w Jerozolimie kapłani z przerażeniem patrzyli na zasłonę, która rozdarła się na pół – znak, że coś się zmieniło, że stary świat dobiegł końca.
A Golgota pogrążyła się w grobowej ciszy.
Tłum, który jeszcze niedawno szydził i wykrzykiwał obelgi, nagle zamilkł. Ich głosy, tak pewne i pełne triumfu, ucichły, gdy zobaczyli, jak niebo pokrywa się mrokiem, jak ziemia się trzęsie, jak krew Chrystusa spływa w ziemię niczym święta ofiara. Niektórzy zaczęli uciekać, trzymając się za głowy, inni klękali, bijąc się w piersi, szepcząc modlitwy, których nie odmawiali od lat.
Setnik, który dowodził egzekucją, stał nieruchomo, wpatrzony w ciało wiszące na krzyżu. Widział wielu skazańców. Widział, jak krzyczeli w rozpaczy, jak klęli na swoich oprawców, jak błagali o życie. Ale ten człowiek… umarł inaczej. Umarł z pokojem, który nie należał do tego świata.
– Zaprawdę, Ten był Synem Bożym… – wyszeptał, ledwo wierząc własnym słowom.
Ostatni strażnicy i płacz matki
Kilku rzymskich żołnierzy wciąż stało pod krzyżem, lecz nawet oni, twardzi wojownicy, czuli niepokój. Wiedzieli, że to nie była zwykła egzekucja.
Maria, Matka Jezusa, klęczała u stóp krzyża, podtrzymywana przez Jana i Marię Magdalenę. Jej twarz była mokra od łez, ale nie było w niej gniewu ani rozpaczy – tylko głęboki, niewyrażalny ból, ból matki, która patrzyła, jak jej syn oddaje życie za świat.
Jan, umiłowany uczeń, czuł, jak ciężar odpowiedzialności przygniata jego serce. Jezus powierzył mu swoją Matkę, a teraz musiał ją odprowadzić – zabrać ją spod krzyża, oddalić od miejsca, gdzie ziemia piła jeszcze krew jej Syna.
– Chodźmy, Matko… – wyszeptał cicho, z trudem przełykając łzy.
Maria nie odpowiedziała. Jeszcze przez chwilę trwała w milczeniu, wpatrując się w swojego Syna, jakby chciała zapamiętać Jego twarz na zawsze. Potem pozwoliła się poprowadzić w stronę miasta.
Ciało Zbawiciela
Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a zgodnie z prawem żydowskim ciała nie mogły pozostać na krzyżu podczas szabatu. Do Piłata udał się Józef z Arymatei, bogaty członek Sanhedrynu, który od dawna wierzył w Jezusa, lecz bał się to przyznać. Teraz, gdy Pan umarł, nie miał już nic do stracenia.
– Pozwól mi pochować Go w moim grobie – poprosił.
Piłat, zmęczony i pełen niepokoju po wydarzeniach dnia, skinął głową.
Józef i Nikodem, faryzeusz, który niegdyś przyszedł do Jezusa nocą, teraz otwarcie oddali Mu cześć. Z wielką ostrożnością zdjęli ciało z krzyża, a każda rana, każdy ślad po gwoździach, każdy ślad biczowania przypominał im o ofierze, jaką poniósł.
Owinęli Jego ciało w płótna, namaszczając wonnościami, i złożyli w nowym grobie, wykutym w skale. Tocząc ciężki kamień przed wejście, nie wiedzieli jeszcze, że zamykają nie koniec – ale początek.
Cisza, która zapowiadała cud
Nastała noc. W Jerozolimie zapłonęły lampy, a wśród ludzi krążyły szepty. Kapłani zamknęli się w swoich domach, próbując zrozumieć, co się stało. Uczniowie rozpierzchli się po mieście, ukrywając się ze strachu.
A w grobie, w chłodzie kamienia, spoczywało ciało Jezusa.
Świat pogrążył się w ciszy. Była to cisza przed największym wydarzeniem w dziejach. Cisza przed świtem, który miał odmienić wszystko.
Bo śmierć nie miała ostatniego słowa.
Bo zbliżało się Zmartwychwstanie.
Re: Golgota – Ostatnie chwile Jezusa
Ty jesteś w psychozie że tyle tych postów w tym dziale produkujesz ?